Daniel Michalski wygrał XXVII Międzynarodowe Mistrzostwa Wielkopolski w Tenisie. W niedzielnym finale rozstawiony z jedynką Polak pokonał Michaela Savano 6:2, 6:1 i zdobył w Poznaniu drugi tytuł — po tym z 2024 roku. Tę sztukę udało się wcześniej Dusanowi Lojdzie, mistrzowi z 2009 i 2012 roku.
Finał od pierwszego gema toczył się pod dyktando Michalskiego. Amerykanin, który przeszedł do turnieju głównego przez eliminacje i po drodze wyeliminował Filipa Pieczonkę, nie znalazł sposobu na rywala. Polak nie miał też problemów, które dokuczały mu dzień wcześniej — w końcówce sobotniego półfinału z Nikitą Mashtakovem walczył ze skurczami.
Daniel Michalski [1] ✓66
Michael Savano [Q]21Domknęła się też klamra, o której mówiliśmy przed finałem. Odkąd dwa lata temu tytularnym sponsorem mistrzostw została Astra Coffee & More, wszystkie trzy finały gry pojedynczej wygrywali Polacy: Michalski w 2024, Fryderyk Lechno-Wasiutyński w 2025 i znów Michalski teraz.
Po meczu zwycięzca mówił przede wszystkim o publiczności. Podziękował za frekwencję i za przyjęcie, jakiego — jak przyznał — nie doświadczył ani na poprzednim turnieju w Krakowie, ani wtedy, gdy wygrywał w Poznaniu po raz pierwszy. Wspomniał również o zeszłym roku, kiedy kontuzja nie pozwoliła mu przyjechać, a jego miejsce, jak to ujął, świetnie zajął Frycek — bo tak w tenisowym świecie wszyscy mówią o Fryderyku Lechno-Wasiutyńskim.
Zapytany o przyszłość, Michalski odpowiedział szczerze i dwuznacznie zarazem: bardzo chciałby tu wrócić, ale jeszcze bardziej chciałby, żeby za rok jego ranking pozwolił mu grać turnieje wyższej rangi, na innym kontynencie. W tygodniu, w którym w Poznaniu trwa turniej, po drugiej stronie Atlantyku rozgrywane są eliminacje US Open.
Podczas ceremonii dekoracji dyrektor turnieju Jacek Muzolf podziękował licznie zgromadzonej publiczności oraz sponsorom i partnerom mistrzostw: sponsorowi tytularnemu Astra Coffee & More, sponsorom głównym — Enei, Makropolowi i Kancelarii Piszcz i Wspólnicy — a także Miastu Poznań, którego prezydent Jacek Jaśkowiak był gościem turnieju, Samorządowi Województwa Wielkopolskiego, Powiatowi Poznańskiemu i Polskiemu Związkowi Tenisowemu. Mistrzostwa rozgrywane są w cyklu Lotto PZT Polish Tour, którego sponsorem tytularnym jest Lotto.
Podziękowania popłynęły też do supervisora turnieju, sędziów liniowych i dzieci podających piłki. Na koniec dyrektor wskazał tych, których pracy widzowie zwykle nie widzą — kortowych. To dzięki nim mączka przez cały tydzień była w idealnym stanie, także w te dni, kiedy ulewy próbowały pokrzyżować plany.
Niedziela przyniosła w Poznaniu jeszcze jeden powód do świętowania. W dniu finału urodziny obchodził Wojciech Fibak, a dyrektor turnieju Jacek Muzolf wraz z żoną Krystyną zadbali o to, by ta data nie przeszła bez echa — jubilat odebrał od nich bukiet kwiatów, a także wysłuchał gromkiego „Sto lat” w wykonaniu publiczności. Dla niego korty AZS nigdy nie były zwykłym obiektem: to tu, jako wychowanek klubu, stawiał pierwsze tenisowe kroki, i to tu przez cały tydzień przychodził kibicować zawodnikom, którzy dziś idą tą samą drogą.
Ta droga ma w Poznaniu swoją historię i swoją statystykę. Turniej z pulą 30 000 dolarów jest w karierze tenisisty przystankiem, a nie metą — i właśnie dlatego archiwum mistrzostw czyta się dziś jak spis nazwisk, które kilka lat później znaczyły w tenisie zupełnie co innego. W poznańskich drabinkach grali Mariusz Fyrstenberg i Marcin Matkowski, późniejsi zwycięzcy turnieju Masters 1000 w Madrycie i finaliści US Open; Łukasz Kubot, który w 2001 roku startował tu na początku kariery, a szesnaście lat później wygrał Wimbledon w deblu i został pierwszym Polakiem na czele światowego rankingu; Jerzy Janowicz, w Poznaniu w 2008 roku, w półfinale Wimbledonu pięć lat później; Jan Zieliński, trzykrotny uczestnik naszych mistrzostw i dwukrotny mistrz wielkoszlemowy w grze mieszanej; wreszcie Hubert Hurkacz, który grał tu w 2014, 2015 i 2017 roku, a dekadę później był szóstą rakietą świata — najwyżej sklasyfikowanym polskim tenisistą w historii rankingu ATP.
Ta sama zależność działa piętro niżej. Zanim zawodnik trafi do drabinki turnieju zawodowego, przechodzi zwykle przez rywalizację juniorską — a na tych samych kortach rozgrywany jest juniorski Grand Prix Wojciecha Fibaka rangi J100. Tegoroczny finalista Astra Coffee & More Open jest tego najlepszym przykładem. Rok temu Michael Savano zagrał w finale Grand Prix, eliminując po drodze rozstawionego z jedynką Valentina Gonzaleza-Galino i rozstawionego z piątką Radka Chodorę. W tym roku wrócił na tę samą mączkę już w turnieju zawodowym, przeszedł eliminacje i ponownie dotarł do finału. Dwa starty w Poznaniu, dwa finały — Amerykanin najwyraźniej dobrze się tu czuje. I ma powody, żeby wrócić po raz trzeci.
Dziękujemy za wszystko i do zobaczenia za rok.
Jacek Muzolf, dyrektor turnieju




